Na końcu świata czas płynie inaczej. Laponia to centrum wiru czasu. Podróżowanie tam to dla wiecznie spieszącego się studenta zupełnie nowe przeżycie. Na autobus czeka się już pół godziny wcześniej, bo jak się człowiek spóźni na ten jeden jedyny od rana, to następny może łapać dopiero wieczorem. W najlepszym razie. W najgorszym utyka się na przystanku na całą dobę.
Podczas podróży kierowcy robią trzydziestominutowe przerwy na kawę. Co najmniej raz na trzy-cztery godziny. Pociągi też miewają takie długie przystanki.
Pod nasz hostel z kolei pierwszy autobus podjeżdżał dopiero o drugiej po południu - trochę za późno, biorąc pod uwagę, że chcieliśmy ruszyć do Saariselki już o ósmej rano.
Cztery kilometry z bagażami o nieludzkiej porze?
Co to dla nas!
Gorzej, że pogoda się zmieniła. Zrobiło się szaro, pochmurno i deszczowo. Do tego okazało się, że pewne czerwone buty nie dały rady, przemiękły niemożebnie i nikt o zdrowym rozsądku nie zmusiłby ich właścicielki do radosnego włóczenia się po parku narodowym, do którego zmierzaliśmy. Szybko zmieniliśmy plan - przyrodę można podziwiać też z ciepłego wnętrza autobusu - pojechaliśmy bezpośrednio do Inari.
Znaczy, na tyle bezpośrednio, na ile się dało, z małą przesiadką w Ivalo. W godzinnej przerwie między autobusami chcieliśmy napić się czegoś ciepłego i przegryźć małe co nieco. Zajazd Złoty Dwór tuż przy trasie wyglądał bardzo obiecująco. Ale tam też czas płynął inaczej i po odczekaniu półgodziny, kazaliśmy naszą lapońską przystawkę (!) wrzucić na biegu do styropianowego pojemnika i już biegliśmy znów na autobus.
Inari powitało nas deszczem, ale się nie przejmowaliśmy. Po raz kolejny okazało się, że mamy dobrą rękę do wybierania hosteli. Piękne, malutkie domki na brzegu jeziora ujęły nas za serce. Wysuszyliśmy się trochę, odczekaliśmy aż deszcz osłabnie i ruszyliśmy na rekonesans.
Od razu było widać, że trochę tu inaczej, niż w Finlandii południowej. Surowiej, ciszej, jeszcze bardziej pusto. No i te dwujęzyczne nazwy wszędzie. Saami to piękny język.
Inari jest doskonałą bazą dla miłośników długich wędrówek. Zaczyna się tu mnóstwo szlaków pieszych (narciarskich i rowerowych), które nie dość, że piękne, to jeszcze nadzwyczaj dobrze oznaczone, tak, że nawet z takim antytalentem do czytania map jak mój ciężko się było zgubić. Przeszliśmy kawałek zielonego szlaku nad rzeką, ale potem zrobiło się tak wilgotno i nieprzyjemnie, że szybko uciekliśmy na ciepłą herbatę i kluski do naszego mikrodomku i, wykończeni całym dniem w autobusie szybko zasnęliśmy. Do rana biegaliśmy z reniferami po wiosennych lapońskich łąkach (wiadomo było od razu, że to sny, bo komary nie chlały).