sobota, 26 maja 2012

Wróciwszy


Nagrać zdjęcia z wyjazdu, wyprać wszystkie ciuchy, zdać dokumenty po wyjeździe, objechać Wielką Wieś i Dom. I tyle zostało z tego całego przedsięwzięcia.
Semestr jak się okazuje to wcale nie tak długo.
Pewnie powinnam podziękować wszystkim czytelnikom, komentatorom, wspieraczom i sponsorom, wysyłającym listy i paczki, które dochodziły z większym lub mniejszym opóźnieniem, skajpującym i odwiedzającym. Ale to byłoby strasznie ckliwe, nie?
To lepiej nie będę.

Blog zostaje, jakby komuś się jeszcze coś miało przypomnieć, ktoś jakby chciał zdjęcia oglądać czy co. A może jeszcze kiedyś tam wpadnę?

 

środa, 23 maja 2012

Закрываем хвосты

Koniec maja nadchodzi nieuchronnie. U wszystkich wywołuje to wysoce ambiwalentne uczucia. Tu walizki, tam papiery, siam ostatnie imprezy i durne żarty (czytaj - namalowanie koledze na podłodze pod drzwiami wesołego minimalistycznego autoportretu. Keczupem). Wielkie sprzątanie, odnoszenie kluczy, naczyń i książek do odpowiednich instytucji.
W ramach niepoddawania się napadów maniakalnych przed wyjazdem pokój 505B ustalił listę atrakcji do zaliczenia przed wyjazdem, którą mniej lub bardziej skrupulatnie realizuje.
W Lunaparku byłyśmy.
Do Laponii pojechałyśmy.
Anielska poszła do pobliskiego arboretum ostatnio.
A dzisiaj ja wybrałam się do Helsinek. W zasadzie tylko do Ateneum i na Suomenlinnę.
 
I o ile Helsinki nadal jakoś do mnie nie przemawiają, chociaż wyglądają o niebo lepiej niż w zimie, to na wyspie mogłabym mieszkać. Jest przepiękna. Aż trudno uwierzyć, że długo służyła przede wszystkim do celów wojskowych. Dzisiaj to jedna z perełek turystycznych stolicy Finlandii, ale też malownicza dzielnica mieszkalna m.in. z przedszkolem na 80 dzieci, pocztą, marketem i urokliwymi zaułkami.
 

 
 
 


Na dworcu helsińskim rozkwitł z kolei mały magiczny ogród.
Jutro muzea tutejsze. A na razie spać.

poniedziałek, 21 maja 2012

Prawie jak polarnicy, czyli o tym, jak żeśmy się za koło podbiegunowe wybrali. Dramat w 3 odsłonach

Być w Finlandii i nie pojechać do Laponii to trochę jak pojechać do Pizy i nie sfotografować się pod Krzywą Wieżą. Z Anielską wiedziałyśmy, że chcąc nie chcąc będziemy musiały to zrobić. Ale nie chciałyśmy organizować tej wycieczki szablonowo. Żadnych sportów zimowych! Żadnych zdjęć ze Świętym Mikołajem, igloo ani zaprzęgów niebieskookich Husky. I tak stanęło na wycieczce w środku maja. Podłączył się do nas kumpel Anielskiej z Edynburga, który przyjechał do Tampere z kurtuazyjną rewizytą na tydzień. I tak, wielu godzinach spędzonych w pocie czoła na planowaniu, rezerwowaniu i przeliczaniu po raz setny skromnych studenckich funduszy byliśmy gotowi, żeby ruszyć w drogę.
[Żeby dało się to jakoś ogarnąć, historię, która przy moim gadulstwie rozleje się tysiącem fińskich jezior, podzielono na trzy części, do każdej z nich odpowiedni link na poniżej]

Osoby dramatu:

Droga

 Północna natura, której masz się bać. 
Bo tak. Bo to ona tu rządzi, nie ważne gdzie sobie postawisz domek, wyasfaltujesz drogę. To jej teren. I już.
 

Dżodżo
czyli żołądek bez dna, dziarski fotograf z zamiłowania
&
Anielska Współlokatorka
tajwański łącznik, nadworna modelka i przedmiot trosk

Bere
Trochę przewodnik, czasem tłumacz, strapiony poganiacz stada



Akt trzeci, czyli o reniferach, Saamach i długim powrocie do domu

Ranek przywitał nas mleczną mgłą. Nie wiadomo  było, czy rzeczywiście już wstaliśmy, czy dalej śnimy, szczególnie, że po drodze do Siidy spotkaliśmy stado reniferów. Ludzi - ani widu ani słychu (podobno w Laponii statystycznie na 18 mieszkańców przypada 20 reniferów).
Siida to nadzwyczaj interesujące miejsce. Dość powiedzieć, że w środku miejscowości, którą zamieszkuje mniej niż tysiąc osób, wyrosło duże nowoczesne muzeum kultury Saamów z niesamowitą ekspozycją stałą, pokazami filmów o zorzy polarnej, ciekawymi wystawami czasowymi, sporym sklepem z unikalnymi pamiątkami, rękodziełem, muzyką i książkami o Laponii oraz skansenem, przez który wiedzie trasa o długości prawie kilometra! A w dodatku z okazji Dnia Muzeów weszliśmy tam za darmo.
~Lingwistyczny smaczek, który tylko zwiększa atrakcyjność muzeum: wszystkie napisy, opisy i podpisy są w czterech językach: saami, fińskim, angielskim i niemieckim. Można? Można.
 


Kiedy skończyliśmy już oglądać wszystko, co było do zobaczenia wewnątrz i wyjrzeliśmy na dwór, nie mogliśmy się nadziwić. Słońce. Ciepło. Zupełnie inny świat. Obejrzeliśmy kawałek skansenu, a potem stwierdziliśmy, że łapiemy pogodę i biegniemy do leśnego kościoła w Pielpajärvi.


Ale, nie wiedzieć czemu, znów Ciocia Karma przypomniała nam, że wszystko co dobre szybko się kończy. Po może dwustu metrach okazało się, że ścieżka jest zamknięta. Jakieś dzikie niedźwiedzie czy podmywanie terenu, nie wiadomo co. Dość, że musieliśmy zawrócić. 
Ale i tak do wieczora włóczyliśmy się po okolicy, co prawda, tylko z Dżodżem, bo Anielska spasowała. A, i znaleźliśmy bibliotekę z wifi. To było coś!










Rano następnego dnia rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Dżodżo poszedł podbijać rzekę, ja śmignęłam na cmentarz (i kto mi wytłumaczy, czemu wszystkie groby ustawiają tam frontem do jeziora? Żeby lepszy widok nieboszczycy mieli?) i do leśnego jeziora. Anielska została w domu i suszyła buty.

Oczywiście, nie mogło się odbyć bez rytualnego pożegnania z reniferami. Przyszły na samo podwórko, żeby cmoknąć nas w ucho i kazały biec na autobus.
Karnie złapaliśmy bagaże i przekopytkowaliśmy na przystanek. Odczekaliśmy swoje, a potem można było się już spokojnie ułożyć przed szybą i podziwiać widoki. 5 godzin w autobusie, 10 godzin w pociągu i ani się obejrzeliśmy, a już było po wielkiej wyprawie. Ja i Anielska smacznie spałyśmy we własnych łóżkach a Dżodżo, obfotografowawszy najpierw wschód słońca nad jeziorem (o 4:30. zachód fotografował z pociągu, tak o północy), ruszył do domu do Edynburga.





Akt drugi, czyli o wycieczkach autobusowych, drugim końcu świata i deszczu

Na końcu świata czas płynie inaczej. Laponia to centrum wiru czasu. Podróżowanie tam to dla wiecznie spieszącego się studenta zupełnie nowe  przeżycie. Na autobus czeka się już pół godziny wcześniej, bo jak się człowiek spóźni na ten jeden jedyny od rana, to następny może łapać dopiero wieczorem. W najlepszym razie. W najgorszym utyka się na przystanku na całą dobę.
Podczas podróży kierowcy robią trzydziestominutowe przerwy na kawę. Co najmniej raz na trzy-cztery godziny. Pociągi też miewają takie długie przystanki.
Pod nasz hostel z kolei pierwszy autobus podjeżdżał dopiero o drugiej po południu - trochę za późno, biorąc pod uwagę, że chcieliśmy ruszyć do Saariselki już o ósmej rano.
Cztery kilometry z bagażami o nieludzkiej porze?
Co to dla nas!
Gorzej, że pogoda się zmieniła. Zrobiło się szaro, pochmurno i deszczowo. Do tego okazało się, że pewne czerwone buty nie dały rady, przemiękły niemożebnie i nikt o zdrowym rozsądku nie zmusiłby ich właścicielki do radosnego włóczenia się po parku narodowym, do którego zmierzaliśmy. Szybko zmieniliśmy plan - przyrodę można podziwiać też z ciepłego wnętrza autobusu - pojechaliśmy bezpośrednio do Inari.


Znaczy, na tyle bezpośrednio, na ile się dało, z małą przesiadką w Ivalo. W godzinnej przerwie między autobusami chcieliśmy napić się czegoś ciepłego i przegryźć małe co nieco. Zajazd Złoty Dwór tuż przy trasie wyglądał bardzo obiecująco. Ale tam też czas płynął inaczej i po odczekaniu półgodziny, kazaliśmy naszą lapońską przystawkę (!) wrzucić na biegu do styropianowego pojemnika i już biegliśmy znów na autobus.

Inari powitało nas deszczem, ale się nie przejmowaliśmy. Po raz kolejny okazało się, że mamy dobrą rękę do wybierania hosteli. Piękne, malutkie domki na brzegu jeziora ujęły nas za serce. Wysuszyliśmy się trochę, odczekaliśmy aż deszcz osłabnie i ruszyliśmy na rekonesans.



Od razu było widać, że trochę tu inaczej, niż w Finlandii południowej. Surowiej, ciszej, jeszcze bardziej pusto. No i te dwujęzyczne nazwy wszędzie. Saami to piękny język.
Inari jest doskonałą bazą dla miłośników długich wędrówek. Zaczyna się tu mnóstwo szlaków pieszych (narciarskich i rowerowych), które nie dość, że piękne, to jeszcze nadzwyczaj dobrze oznaczone, tak, że nawet z takim antytalentem do czytania map jak mój ciężko się było zgubić. Przeszliśmy kawałek zielonego szlaku nad rzeką, ale potem zrobiło się tak wilgotno i nieprzyjemnie, że szybko uciekliśmy na ciepłą herbatę i kluski do naszego mikrodomku i, wykończeni całym dniem w autobusie szybko zasnęliśmy. Do rana biegaliśmy z reniferami po wiosennych lapońskich łąkach (wiadomo było od razu, że to sny, bo komary nie chlały).